Rano dosyć mocno padało. Tym bardziej więc
nie chciało nam się opuszczać naszej bezpiecznej przystani. Ociągałyśmy się z
wyjściem, aż w końcu deszcz przeszedł w lekką mżawkę. Chcąc nie chcąc, trzeba
było iść… na tym polega pielgrzymie życie :)
Potem nawet na chwilę wyjrzało słońce,
generalnie jednak przez cały dzień straszyło deszczem, ale na tym się kończyło.
Na szczęście prawie nie padało, było chłodno, przyjemnie, w sam raz do
wędrówki.
Na najbliższe kilka dni miałyśmy do wyboru
dwa warianty drogi, tzw. „starą drogę” i nowo wytyczony szlak. Oczywiście
wybrałyśmy wariant krótszy, bo to różnica ok. dwóch dni drogi, nie było więc
nad czym deliberować. Różnica niebagatelna. Idziemy zatem „starą drogą”.
Właściwie brak jest oznakowania. Dobrze,
że mamy w telefonie wgrany ślad GPS tej drogi. To bardzo duża pomoc. Trasa prowadzi nas cały czas
asfaltowymi drogami, początkowo nawet przy sporym natężeniu ruchu, co jest dość
uciążliwe.
Kilka razy musimy „powalczyć” z chęcią
grzybobrania, bo to nie czas ani miejsce na to. Niemniej, piękne dorodne
kapelusze uśmiechają się do nas z przydrożnych traw... aż szkoda tak je
zostawić ;)
Przy kościele urządzamy sobie odpoczynek, bo tradycyjnie już po drodze brak czegokolwiek by można było przysiąść, a mokra ziemia nie zachęca do tego by rozkładać karimatę. Kościół jest zamknięty, ale schody idealnie nadają się na małą chwilę relaksu, posilenie się i krótki odpoczynek :)
Postanawiamy dotrzeć do Graffigny-Chemin,
zawierzamy kolejny dzień Bożej Opatrzności i idziemy z nadzieją, że wszystko
dobrze się ułoży, że właśnie tam uda nam się znaleźć nocleg. „A nadzieja zawieść nie może”.
Zaczynamy oczywiście od wizyty w „mairie”.
Spotykamy tu dwoje sympatycznych urzędników, pieczątki lądują w naszych
paszportach i choć ci państwo w ogóle nie mówią po angielsku, to i tak jakimś cudem udaje
nam się porozumieć. Więcej nawet, dowiadujemy się, że cztery lata temu ten pan
szedł do Santiago od Le Puy-en-Velay. Ach, żeby już być chociaż w Le Puy, a to
jeszcze długa droga...
Potem pan wykonuje kilka telefonów, nic
oczywiście nie rozumiemy, oprócz tego, że wszystko jest ok i że będziemy miały
nocleg. Szczerzymy więc zęby w szczerym, radosnym uśmiechu😀
Niepojęte to dla nas, choć oni nie mówili
po angielsku, a my po francusku, to jednak udało nam się porozumieć. Tam, gdzie
ludzki język jest zawodny, pojawia się inna mowa – otwarte, życzliwe serca, są
w stanie wszystko zrozumieć bez natłoku słów. Jakaś niepojęta dla nas
wrażliwość przynagla tych ludzi do działania, podpowiada im co i jak robić, by
pomóc potrzebującym pielgrzymom.
Droga niesamowicie uczy nas pokory,
wdzięczności, zaufania, poddania się Bożemu i ludzkiemu prowadzeniu. To drugie
wcale nie jest takie łatwe, gdy człowiek nie rozumie co się wokół niego dzieje
i o czym rozmawiają ludzie obok ;)
Potem przyjeżdża po nas inny mężczyzna, pakuje
nas do samochodu i zawozi na miejsce (notabene ulicą, którą tu dotarłyśmy).
Śmieszne to, szłyśmy tędy pół godziny temu, mijałyśmy ten dom i nawet do głowy
nam nie przyszło, że tu będziemy nocować. To jest „gite”.
![]() |
nasz dzisiejszy dom |
Pan otwiera, zaprasza nas do środka. Ot,
normalny dom, kilka pokoi z łóżkami, salon, kuchnia, łazienka. Mamy się
rozgościć i czuć jak u siebie. Pan pokazuje nam co, gdzie i jak, żegna się z
nami i odjeżdża. A my przecieramy oczy ze zdumienia, przecież dostajemy dla
siebie cały duży dom... zupełnie za darmo. Otrzymujemy tak wiele za nic, tylko dlatego, że jesteśmy pielgrzymami. O rety, znów nie możemy uwierzyć, że
to się dzieje naprawdę :)
Niebawem na chwilę przychodzi jakaś pani z
córką, ma stąd coś zabrać, uprzątnąć. Wreszcie można chwilę porozmawiać po angielsku,
dowiadujemy się więc, że gite to taki dom należący do wsi czy miasteczka.
Niesamowite. Ależ to się wszystko dziś poukładało, w
głowach nam się nie mieści 😊
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz