Wczoraj zarezerwowaliśmy z Cedrikiem
nocleg na dziś w Saint-Alban-sur-Limagnole w alberdze donativo, więc czeka nas
bardzo długi etap. Nie przeraża mnie to. Mam w sobie tyle energii, zapału,
siły… Aż nie do wiary, jakbym niemalże na nowo „urodziła się” pielgrzymem.
Radość wprost mnie rozpiera :)
Wyruszam skoro świt. Cedrik smacznie
jeszcze śpi, tylko nogi wystają spod jego domku ;) Pielgrzym w namiocie z
drugiej strony też pochrapuje... a ja już idę. Po prostu lubię wyruszać
wcześnie, tym bardziej, że dziś będzie naprawdę ciężki i długi dzień.
Na dzień dobry czeka mnie ekstra zdobywanie
wysokości. Powoli wspinam się do góry... podejście jest naprawdę mocne i
wyczerpujące… a gdy po jakimś czasie oglądam się za siebie, daleko w dole widzę
rzekę i miasteczko, z którego wyruszyłam. Przebyta droga pod górę robi wrażenie,
a urywany oddech i moje „niedźwiedzie” sapanie potwierdzają, że łatwo nie było ;)
![]() |
Monistrol-d'Allier pozostało daleko w dole ;) |
Pogoda nie jest już taka ładna jak
wczoraj, ale i tak jest pięknie :) Po drodze
drewniany św. Jakub wskazuje pielgrzymom kierunek dalszego marszu.
Mimo, że nie przygrzewa słońce, to jest
dosyć duszno. Ale to nic. „Pochłaniam” kolejne kilometry z iście ogromną
przyjemnością, choć w miarę upływu czasu siły trochę topnieją. Wędrówka,
otaczający świat, cisza wokół, nawet to swoiste pozytywne zmęczenie, dają mi
niesamowicie wiele radości.
Trasa od Le Puy jest bardzo fajnie
oznakowana. Co jakiś czas pojawiają się słupki nie tylko z biało-czerwonym
kolorem szlaku, ale również z informacją ile kilometrów pozostało do Santiago.
Dystans sukcesywnie się zmniejsza :)
Do Saint-Alban-sur-Limagnole dotarłam mega zmęczona. Całe
szczęście, że wczoraj zarezerwowaliśmy nocleg, bo wszystkie miejsca w tej
gościnnej alberdze są zajęte.
Zresztą chyba powoli trzeba mi się
przyzwyczajać do rezerwowania noclegów, regularnie uczęszczany przez pielgrzymów
szlak z Le Puy rządzi się swoimi prawami.
Cudowna hospitalera częstuje mnie zimnym
napojem, pokazuje co, gdzie i jak, a gdy dowiaduje się, że idę pieszo z Polski
jest pod ogromnym wrażeniem i wszystkim wokół opowiada o mnie. No nieźle, do
tego chyba też będzie trzeba się przyzwyczaić ;)
Wieczorem wspólna kolacja jednoczy
pielgrzymów, choć niewiele rozumiem, bo wszyscy tu francuskojęzyczni i wiadomo
przecież, że nie będą mi tłumaczyć każdego zdania. Ale atmosfera i tak jest
bardzo miła.
A Cedrika jeszcze nie ma i trochę się
martwię... Na szczęście zadzwonił, potwierdził swoją rezerwację i uprzedził, że
będzie znacznie później. (Dotarł bardzo późno, gdy ja już smacznie spałam. Szkoda,
bo nasze drogi już więcej się nie spotkały, mam jednak nadzieję, że szczęśliwie
dotarł do celu swej pielgrzymki).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz